Reklama

Bezpieczeństwo, czyli obrona i ochrona

Bezpieczeństwo we współczesnych czasach ma ogromną wartość. Nie może być kartą targu politycznego. Państwo i samorząd mają wobec obywatela konkretne obowiązki, ale obywatel również powinien być gotowy do działania. Kluczowe są dziś dwa pojęcia. Odporność społeczna i odporność państwa. Rozmawiamy z ekspertami w dziedzinie ochrony ludności i obrony cywilnej - dr Sylwią Zakrzewską i dr. Maciejem Tołwińskim

 

- Co współcześnie, w 2026 roku, oznacza pojęcie "obrona cywilna"? Czy rozróżnianie "ochrony ludności" i "obrony cywilnej" nie jest tylko zabiegiem formalnym?

- Nie zgodziłabym się z tezą, że rozróżnienie między ochroną ludności a obroną cywilną istnieje wyłącznie po to, aby "wydłużyć ustawę". To rozróżnienie ma sens systemowy, prawny oraz praktyczny - mówi dr Sylwia Zakrzewska. - W obecnym stanie prawnym ochrona ludności jest pojęciem szerszym. Obejmuje działania państwa, samorządu, służb, inspekcji, straży, podmiotów leczniczych, organizacji społecznych i innych instytucji, których celem jest ochrona życia, zdrowia, mienia, infrastruktury niezbędnej do zaspokojenia podstawowych potrzeb, dóbr kultury i środowiska w sytuacji zagrożenia. Ustawa definiuje ochronę ludności jako system organów, podmiotów i zasobów służących zapewnieniu bezpieczeństwa ludności.

Reklama

Dr Sylwia Zakrzewska jest nauczycielem akademickim, Prodziekanem ds. studenckich w Wyższej Szkole Kształcenia Zawodowego we Wrocławiu i ekspertką specjalizującą się w obszarze bezpieczeństwa powszechnego, ochrony ludności, obrony cywilnej i zarządzania kryzysowego. Jako praktyk prowadzący audyty i szkolenia wspiera instytucje publiczne w budowaniu lokalnej odporności oraz przygotowaniu struktur, procedur i zasobów niezbędnych do skutecznego reagowania na zagrożenia w czasie pokoju, kryzysu i wojny.

Reklama

Obrona cywilna jest natomiast szczególnym trybem realizacji tych zadań. Uruchamia się ona przede wszystkim w kontekście stanu wojennego i wojny. Ustawa odwołuje się tutaj do art. 61 lit. a I Protokołu dodatkowego do Konwencji Genewskich, czyli do międzynarodowego standardu ochrony ludności cywilnej przed skutkami działań zbrojnych. Wprost wskazano, że z chwilą wprowadzenia stanu wojennego i w czasie wojny zadania ochrony ludności stają się zadaniami obrony cywilnej. 

Można więc powiedzieć najprościej: ochrona ludności to system działający na co dzień, także w czasie pokoju, a obrona cywilna to ten sam obszar funkcjonalny, ale przeniesiony w reżim zagrożeń wojennych i podporządkowany szczególnym zasadom prawa humanitarnego, mobilizacji, ewidencji, oznaczeń, przydziałów i koordynacji państwowej.

Reklama

- Zatem wiemy, że nie chodzi tylko o nazwę.

- Tak. Chodzi o to, kto dowodzi, jakie zadania są realizowane, kto może zostać powołany do służby, jakie zasoby są uruchamiane, jak chroniony jest personel, jak funkcjonują obiekty zbiorowej ochrony i jak zapewnia się ciągłość działania administracji i podstawowych usług publicznych.

Obrona cywilna w 2026 roku nie powinna być rozumiana jako powrót do dawnych struktur znanych z poprzednich dekad. To raczej cywilny komponent odporności państwa na wojnę, obejmujący alarmowanie, ewakuację, schronienie, pomoc medyczną, ratownictwo, logistykę, pomoc humanitarną, ochronę infrastruktury niezbędnej do życia oraz utrzymanie działania administracji. Problem polega nie na tym, że ustawodawca rozróżnił pojęcia. Problem polega na tym, czy za tym rozróżnieniem pójdzie realna zdolność wykonawcza w gminach, powiatach i województwach.

Reklama

- Czy opieranie OC na PSP ma sens, skoro na wypadek "W" część sił może zostać skierowana do innych zadań? Strażacy PSP z terenu mają na wypadek "W" jechać do miasta wojewódzkiego. Czy nie lepiej oprzeć OC od początku do końca na OSP?

- To pytanie dotyka jednego z najważniejszych problemów praktycznych odbudowy systemu ochrony ludności i obrony cywilnej w Polsce. Zarówno Państwowa Straż Pożarna, jak i Ochotnicze Straże Pożarne mają w tym systemie bardzo istotne role, ale nie są to role tożsame.

PSP jest formacją zawodową, profesjonalną, dyspozycyjną i działającą w trybie całodobowym. Dysponuje strukturą dowodzenia, zapleczem szkoleniowym, sprzętem, stanowiskami kierowania i doświadczeniem operacyjnym. Dlatego jej udział w ochronie ludności i obronie cywilnej jest naturalny. PSP może być rdzeniem koordynacyjnym i profesjonalnym punktem odniesienia dla całego systemu.

Reklama

Nie oznacza to jednak, że w czasie wojny, masowego kryzysu albo wielkoskalowych zdarzeń równoległych PSP będzie w stanie samodzielnie zabezpieczyć potrzeby ludności. Ma ograniczoną liczebność, własne zadania ustawowe, a część jej zasobów może właśnie zostać skierowana do zadań wynikających z systemu obronnego państwa. Dlatego lokalne planowanie ochrony ludności nie może opierać się na przekonaniu, że "przyjedzie PSP i rozwiąże problem".

- Więc jednak OSP?

- Po części tylko, tak. OSP są blisko mieszkańców, znają teren, lokalne drogi, obiekty użyteczności publicznej, miejsca zagrożone podtopieniami, osoby wymagające wsparcia, infrastrukturę komunalną i realne możliwości działania w gminie. W wielu miejscowościach to właśnie OSP są pierwszą realną strukturą reagowania. Ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej wprost zalicza ochotnicze straże pożarne do podmiotów ochrony ludności.

Reklama

Jednocześnie nie można mechanicznie założyć, że OSP będą w czasie wojny lub głębokiego kryzysu pełnym i zawsze dostępnym zasobem. To jest zasadnicza różnica między PSP a OSP. PSP jest zawodową formacją publiczną. OSP jest formacją ochotniczą, opartą na gotowości druhów, którzy na co dzień pracują w innych miejscach i funkcjonują w innych systemach: administracji, transporcie, energetyce, ochronie zdrowia, edukacji, rolnictwie, usługach, przemyśle, logistyce czy przedsiębiorstwach komunalnych.

- W czasie pokoju ten model działa dobrze.

Reklama

- Druhowie OSP reagują alarmowo, opuszczają miejsce pracy albo dom, jadą do strażnicy i wyjeżdżają do zdarzenia. Jednak w czasie wojny lub długotrwałego kryzysu ta konstrukcja może okazać się znacznie trudniejsza. Ci sami ludzie mogą zostać zaangażowani w utrzymanie ciągłości działania infrastruktury krytycznej, służb publicznych, zakładów ważnych dla państwa albo przedsiębiorstw realizujących zadania na rzecz obronności. Część może też zostać objęta obowiązkami wynikającymi z systemu obronnego państwa.

W praktyce oznacza to, że lokalny system ochrony ludności i obrony cywilnej może ucierpieć kadrowo właśnie tam, gdzie dziś na papierze wygląda najmocniej. Gmina może mieć kilka aktywnych jednostek OSP, ale jeśli znaczna część druhów zostanie przypisana do innych obowiązków, realna zdolność tych jednostek do działania może być dużo mniejsza niż wynikałoby z ewidencji.

Reklama

- Zatem OSP tylko jako jeden z elementów systemu.

- Tak i dlatego odpowiedź nie brzmi: "oprzyjmy obronę cywilną wyłącznie na OSP". Właściwa odpowiedź brzmi: włączmy OSP jako jeden z wiodących komponentów lokalnego systemu, ale zbudujmy ten system świadomie, prawnie i organizacyjnie, a nie wyłącznie deklaratywnie.

- Samorządy?

- Kluczowa rola spoczywa tutaj na wójtach, burmistrzach i prezydentach miast. To oni, jako organy ochrony ludności na poziomie gminy, powinni przeprowadzić rzeczywistą analizę lokalnych zasobów. Nie wystarczy policzyć jednostki OSP, samochody i sprzęt. Trzeba ustalić, kto realnie będzie dostępny w pierwszych godzinach kryzysu, kto może zostać powołany do wojska, kto pracuje w podmiotach kluczowych dla państwa lub gminy, kto ma kwalifikacje niezbędne dla ochrony ludności i kogo należy utrzymać w lokalnym systemie.

Reklama

- Zatem wyreklamowanie z wojska osób ważnych dla OC.

- Właśnie. Szczególne znaczenie mają tu dwa instrumenty: wyłączenie od obowiązku pełnienia czynnej służby wojskowej w razie mobilizacji i wojny oraz przydziały mobilizacyjne obrony cywilnej. Ich sens polega na tym, aby osoby potrzebne lokalnie miały z góry określoną funkcję, miejsce działania i podporządkowanie organizacyjne. Dotyczy to nie tylko druhów OSP, ale także lokalnych przedsiębiorców, operatorów sprzętu, kierowców, pracowników wodociągów, energetyki, gospodarki komunalnej, stowarzyszeń, organizacji humanitarnych i osób posiadających kwalifikacje przydatne w sytuacji kryzysowej.

Reklama

Wójt, burmistrz lub prezydent miasta powinien więc budować lokalny system ochrony ludności i obrony cywilnej jako strukturę mieszaną. OSP mogą być jej wiodącym komponentem wykonawczym, zwłaszcza w mniejszych gminach, ale nie mogą być jedynym filarem. Obok nich muszą znaleźć się podmioty komunalne, szkoły jako potencjalne miejsca czasowego schronienia lub punkty recepcyjne, przedsiębiorcy dysponujący transportem oraz sprzętem ciężkim, organizacje społeczne, podmioty lecznicze, jednostki pomocy społecznej, lokalne magazyny, zasoby paliwowe, łączność zastępcza i osoby zdolne do obsługi tych elementów.

- W latach 90. w planach obronnych zdarzały się zapisy o obowiązku przygotowania i stawienia w ciągu kilku godzin 300 furmanek z końmi pod urzędem gminy, choć od lat tylu nie było w promieniu 100 km. Planistyczna fikcja.

- Zgadza się, podobnie największym błędem byłoby wpisanie OSP do planów ochrony ludności jako zasobu pewnego, pełnego i zawsze dostępnego. To byłaby fikcja planistyczna. OSP powinny być traktowane jako wiodący lokalny komponent wykonawczy, ale ich potencjał trzeba wcześniej uporządkować kadrowo, mobilizacyjnie i organizacyjnie.

Najkrócej ujęłabym to tak: PSP powinna pozostać profesjonalnym rdzeniem i punktem odniesienia dla standardów działania, natomiast OSP powinny być jednym z głównych filarów lokalnej wykonalności systemu. Warunek jest jeden: samorządy muszą już w czasie pokoju ustalić, kto naprawdę będzie dostępny, jakie ma kwalifikacje i jaką rolę pełni w strukturze ochrony ludności i obrony cywilnej. Bez tego w czasie wojny może się okazać, że system, który wyglądał dobrze na papierze, nie ma ludzi do realnego działania.

- Co z organizacjami pozarządowymi w OC? To społecznicy, raz są, raz ich nie ma, czy więc bez sankcji mają realną wartość?

- Organizacje pozarządowe mają w ochronie ludności i obronie cywilnej bardzo duże znaczenie, ale pod jednym warunkiem: ich udział musi być wcześniej zakontraktowany, zweryfikowany, przećwiczony i włączony do lokalnych oraz wojewódzkich planów działania.

Nie można budować systemu na przypadkowym wolontariacie uruchamianym dopiero wtedy, gdy pojawia się kryzys. To działa przy krótkotrwałych akcjach pomocowych, ale nie wystarczy przy wojnie, masowej ewakuacji, długotrwałym kryzysie humanitarnym albo rozległym skażeniu. Organizacja pozarządowa może być ogromnym wsparciem w pomocy humanitarnej, dystrybucji żywności, opiece nad osobami starszymi, organizacji punktów recepcyjnych, transporcie, wsparciu psychologicznym, poszukiwaniach, edukacji ludności czy łączności społecznej. Ale musi być jasne, jakie ma zadanie, komu podlega w danej operacji, jakie ma zasoby, ilu ludzi może wystawić, na jak długo i w jakim czasie osiąga gotowość.

Ustawa przewiduje możliwość zawierania porozumień z organizacjami pozarządowymi oraz innymi podmiotami wykonującymi zadania ochrony ludności lub obrony cywilnej. Przed zawarciem porozumienia organ powinien zweryfikować obszar działania i zdolności danego podmiotu. Samo zaś porozumienie powinno określać zakres zadań, warunki finansowania, sposób współpracy, możliwość wykorzystania zasobów, ich dostępność oraz dyspozycyjność personelu. To jest właściwy kierunek.

- A słabości NGO-sów?

- Słaby punkt jest oczywisty: organizacje społeczne nie są formacjami mundurowymi, a ich potencjał zależy od ludzi, finansowania, stabilności organizacyjnej i kultury zarządzania. Niektóre będą bardzo profesjonalne, inne będą aktywne głównie deklaratywnie. Dlatego państwo i samorząd nie powinny traktować NGO jako taniego zamiennika publicznych służb.

- Może zatem organizacje społeczne na czas "W" powinny być zmilitaryzowane?

- Czy powinny być zmilitaryzowane? Nie użyłabym tego określenia jako zasady ogólnej. Militaryzacja organizacji pozarządowych mogłaby zniszczyć część ich wartości, zwłaszcza zaufanie społeczne, elastyczność, zdolność dotarcia do grup wrażliwych i humanitarny charakter działania. W warunkach konfliktu zbrojnego trzeba bardzo uważać, aby nie zacierać granicy między działalnością cywilną, humanitarną i wojskową. To ma znaczenie także z perspektywy prawa międzynarodowego.

Natomiast czym innym jest włączenie personelu do systemu obrony cywilnej, nadanie przydziałów, określenie specjalizacji, obowiązków, zasad mobilizacji i odpowiedzialności. Ustawa przewiduje ewidencję obrony cywilnej, specjalizacje personelu oraz możliwość powołania do służby w obronie cywilnej. Przewiduje też sankcje karne za niestawienie się do służby albo odmowę wykonywania obowiązków już po powołaniu. Dlatego zamiast mówić o powszechnej militaryzacji NGO, mówiłabym o profesjonalizacji ich udziału w systemie.

- To znaczy...

- To znaczy: porozumienia, audyt zdolności, szkolenia, ćwiczenia, finansowanie gotowości, jasna odpowiedzialność, procedury współpracy, a w wybranych przypadkach także przydziały mobilizacyjne obrony cywilnej dla konkretnych osób. Organizacja pozarządowa w OC ma sens wtedy, gdy nie jest dekoracją w planie, ale realnym, sprawdzonym i rozliczalnym partnerem.

- Doświadczenia ostatnich miesięcy rzucają cień na instytucje państwowe i samorządowe. Czy zakupy zamiatarek, traktorków oraz różnego sprzętu komunalnego z funduszy państwowych mają sens, skoro sprzęt jest używany na co dzień? To forma finansowania bieżącej działalności samorządów z funduszy na OC.

- Tak, mogą mieć sens. Ale nie każdy zakup komunalny automatycznie jest zakupem na rzecz ochrony ludności i obrony cywilnej. Kluczowe jest uzasadnienie funkcjonalne.

W ochronie ludności nie chodzi wyłącznie o sprzęt ratowniczy rozumiany wąsko: wozy gaśnicze, pompy, agregaty, łodzie, sprzęt medyczny czy środki ochrony indywidualnej. W realnym kryzysie często decyduje logistyka i utrzymanie podstawowych usług. Jeżeli gmina po wichurze nie jest w stanie udrożnić dróg, odśnieżyć tras dojazdu, usunąć konarów, dowieźć wody, zasilić punktu recepcyjnego, utrzymać przejezdności przy ewakuacji albo zapewnić pracy infrastruktury komunalnej, to nawet najlepsze służby ratownicze będą działały w ograniczonych warunkach.

Program Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej na lata 2025 - 2026 przewiduje finansowanie sprzętu logistycznego, pojazdów do zapewnienia łańcucha dostaw i usług publicznych, maszyn inżynieryjnych, agregatów, mobilnych stacji uzdatniania wody, sprzętu kwatermistrzowskiego i wyposażenia potrzebnego do ewakuacji oraz pomocy humanitarnej. Dlatego właśnie sprzęt używany codziennie może być bardzo racjonalnym zakupem. Wręcz przeciwnie: sprzęt, który stoi przez 10 lat w magazynie i nigdy nie jest uruchamiany, często w chwili kryzysu okazuje się niesprawny, bez operatora, bez serwisu i bez paliwa. Sprzęt wykorzystywany na co dzień ma tę przewagę, że jest znany operatorom, serwisowany, ubezpieczony, włączony do rutyny działania gminy i faktycznie dostępny.

Ale są tu trzy warunki. Po pierwsze, sprzęt musi odpowiadać na realne ryzyka lokalne. Inne potrzeby ma gmina zalewowa, inne gmina przygraniczna, inne miasto z dużymi osiedlami, inne gmina wiejska z rozproszoną zabudową.

Po drugie, sprzęt musi być wpisany w plan użycia. Trzeba wiedzieć, kto go uruchamia, kto obsługuje, gdzie jest garażowany, jak szybko może być użyty, czy ma paliwo, części, operatora i możliwość pracy w warunkach awaryjnych.

Po trzecie zaś, o czym pan wspomniał, nie może to być sposób na finansowanie zwykłych potrzeb komunalnych pod szyldem obrony cywilnej. Jeżeli zamiatarka jest kupowana tylko dlatego, że gmina i tak chciała ją kupić do utrzymania czystości, to jest to wątpliwe. Jeżeli jednak jest elementem szerszej zdolności do utrzymania przejezdności, usuwania skutków wichur, wsparcia dekontaminacji, zabezpieczenia tras ewakuacji, pracy przy punktach pomocy albo utrzymania infrastruktury w kryzysie, wtedy można to obronić.

Najkrócej: sprzęt podwójnego zastosowania ma sens, ale tylko wtedy, gdy jego funkcja kryzysowa jest realna, opisana i ćwiczona. Nie powinniśmy fetyszyzować sprzętu specjalistycznego. W kryzysie równie ważny bywa agregat, koparko - ładowarka, ciągnik, beczkowóz, kontener, autobus, magazyn, łóżka polowe i sprawny system dystrybucji wody.

Największym ryzykiem nie jest to, że sprzęt komunalny będzie używany na co dzień. Największym ryzykiem jest to, że kupimy sprzęt bez analizy ryzyka, bez procedur, bez ludzi, bez serwisu i bez planu wykorzystania. Wtedy nie budujemy odporności. Budujemy tylko stan magazynowy.

- A ewakuacja? Kiedy i jaka? Na własną rękę czy zorganizowana? Czy ucieczka przed powodzią odbywa się tak samo jak masowa ucieczka na wypadek wojny?

- Nie stawiałbym znaku równości między ewakuacją w zarządzaniu kryzysowym a ewakuacją w warunkach obrony cywilnej. To są dwa różne porządki działania - mówi dr Maciej Tołwiński. - W zarządzaniu kryzysowym ewakuacja jest odpowiedzią przede wszystkim na zagrożenia pozamilitarne, takie jak pożary, powodzie, katastrofy czy alarmy bombowe. W obronie cywilnej mówimy natomiast o ochronie ludności przed skutkami działań zbrojnych i ich następstwami.

Dr Maciej Tołwiński – siemiatyczanin z urodzenia, Podlasiak z serca. Doktor nauk o bezpieczeństwie, adiunkt na Wydziale Prawa i Bezpieczeństwa Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie Wielkopolskim oraz współpracownik Centrum Badania Dezinformacji i Cyberbezpieczeństwa; prowadzi profil na Facebooku „Tołwiński o bezpieczeństwie”. Trener i szkoleniowiec z zakresu ochrony ludności, obrony cywilnej oraz przeciwdziałania dezinformacji; w pracy badawczej zajmuje się etyką nowych wojen oraz budowaniem odporności społecznej i państwowej.

Tu trzeba powiedzieć rzecz podstawową. W warunkach OC ewakuacja ludności jest jednym z najważniejszych i najskuteczniejszych środków ochrony. Wszystkie inne środki mają charakter bardziej doraźny i wtórny. Po prostu bezpieczniej jest, kiedy ludzie przebywają poza obszarem zagrożonym uderzeniem militarnym i poza strefą działań zbrojnych. Broń używana we współczesnych konfliktach bardzo często ma charakter niewybiórczy. Pocisk artyleryjski nie rozróżnia, czy trafia w żołnierza, cywila, budynek mieszkalny, szpital czy infrastrukturę techniczną.

- Historia uczy, że masowa indywidualna ucieczka bywa szybsza niż zorganizowana. Podobnie z ewakuacją w czasie pokoju. Np. W 2001 roku, po anonimowej informacji, że w szpitalu w Siemiatyczach podłożono bombę, ewakuowano szpital. Informację potraktowano wyjątkowo poważnie, bo wcześniej w Siemiatyczach prawdziwa bomba wybuchła w lodziarni. Ewakuację przeprowadzono błyskawicznie. Cały personel i ok. 150 chorych, czasem nawet z łóżkami i aparaturą medyczną, ewakuowano i, załatwionymi na telefon, autobusami i innymi dostawczakami, umieszczono w zastępczych lokalach w mieście, też załatwionych na telefon. Wiele lat później przeprowadzono ewakuację na niby, ćwiczebną. Plany, konspekty, ludzie w gotowości, służby z blokach startowych, wszystko dopięte na ostatni guzik, na tip top. Efekt - ewakuacja, i to w ograniczonym zakresie, trwała prawie 2-krotnie dłużej niż tamta z 2001 r. Czy zatem te wszystkie plany są do niczego?

- Dokumenty planistyczne są bardzo ważne. Pozwalają dookreślić odpowiedzialność, zaplanować środki transportu, miejsca przyjęcia ludności, sposób alarmowania, ochronę mienia, ciągłość działania instytucji. Nie bagatelizowałbym ich znaczenia. To, że spontaniczna ewakuacja w konkretnym przypadku poszła szybciej niż ćwiczenie, nie oznacza jeszcze, że plan jest zły. Czasem oznacza po prostu, że rzeczywistość ćwiczebna jest bardziej uporządkowana, formalna i obciążona procedurami, które w sytuacji nagłej ludzie obchodzą intuicyjnie. Ale państwo nie może działać intuicją. Musi działać systemowo.

Słabością obecnego systemu OC i OL nie jest sama idea planowania, lecz niedofinansowanie i braki kadrowe. W wielu gminach urzędnik odpowiedzialny za ochronę ludności, obronę cywilną i zarządzanie kryzysowe wykonuje te zadania tylko w części etatu, a poza tym zajmuje się zupełnie innymi sprawami. Dziś odpowiada za plan ewakuacji, jutro za podatki albo sprawy administracyjne. I to jest realne wyzwanie systemowe.

- Komenda Główna PSP kupiła za po ok. 2.000 zł za sztukę plecaki ewakuacyjne. Przy ich prezentacji w terenie mowa jest o przygotowaniu indywidualnym do ewakuacji i sytuacji kryzysowych. Podobne plecaki pokazowe ma też wojsko.

- Nie widzę sensu w robieniu z plecaka ewakuacyjnego drogiego gadżetu pokazowego. Istotą plecaka jest to, że ma być funkcjonalny, dostępny i dopasowany do potrzeb konkretnej osoby. Inny zestaw będzie miał dorosły mężczyzna, inny kobieta, inny senior, inne dziecko. Ja swój plecak skompletowałem za ok. 500 zł i jeżdżę z nim na szkolenia właśnie po to, żeby pokazać ludziom, że da się to zrobić rozsądnie i bez wydawania fortuny.

Plecak jest po to, żeby przetrwać poza domem co najmniej 3 dni. Ale nie chodzi o survival w lesie. Chodzi o możliwość sprawnego przemieszczenia się i funkcjonowania w warunkach, w których państwo nie zawsze od razu będzie mogło nam pomóc, bo jego wysiłek może być skierowany na obronę terytorium, utrzymanie porządku i ratowanie infrastruktury krytycznej.

- Mamy więc spersonalizowane plecaki w domu, co dalej?

- Trzeba jednak powiedzieć jasno. Sam plecak to stanowczo za mało. Przygotowanie do sytuacji kryzysowej wymaga myślenia indywidualnego i rodzinnego. Warto mieć samochód zatankowany co najmniej do połowy, bo doświadczenia pokazują, że w warunkach kryzysowych zatankowanie auta może być trudne albo niemożliwe. Warto mieć rodzinny plan działania, ustalone miejsca spotkania, najlepiej więcej niż jedno. Warto mieć dokumenty, których nie da się łatwo odtworzyć, gotówkę, podstawowe leki, a w domu zapas wody i żywności przynajmniej na 3 dni. Żywność zazwyczaj w domu jest. Problemem częściej okazuje się woda. Jeśli ktoś ma zwierzęta, ich potrzeby także trzeba uwzględnić.

- Mamy plecak, rodzinny plan oraz zatankowany samochód. Czekamy na zorganizowaną akcję?

- Ustawa mówi również o samoewakuacji, więc obywatel nie jest tylko biernym odbiorcą pomocy. Ma być przygotowany do działania. I to jest bardzo ważne, bo przygotowując się do najgorszego scenariusza wojennego, przygotowujemy się także do scenariuszy łagodniejszych. Pożar, awaria, blackout, nagłe skażenie, katastrofa komunikacyjna. Im lepiej jesteśmy przygotowani na scenariusz najgorszy, tym lepiej poradzimy sobie w sytuacji mniej dramatycznej.

- Wzorce zagraniczne. Czy wzorowanie obrony cywilnej, czy ochrony ludności, na modelach z krajów, które przez dziesięciolecia nie były w żadnym kryzysie, ani w czasie pokoju, ani w czasie wojny - covidu nie liczę - ma w ogóle sens?

- Nie ma sensu ślepo kopiować modeli z państw, które mają inne uwarunkowania geograficzne, historyczne i społeczne niż Polska. Dlatego nie uważam, żeby należało mechanicznie przenosić do nas rozwiązania z krajów, które nie przeszły przez współczesny kryzys wojenny albo mają zupełnie inny model obronny. Natomiast ma sens czerpanie z dobrych doświadczeń sojuszniczych. I trzeba to powiedzieć wprost, także z doświadczeń ukraińskich. Ukraina płaci dziś najwyższą cenę za bezpieczeństwo Europy i jej doświadczenia są dla nas bezcennym źródłem wiedzy praktycznej. Pokazują, jak działa społeczeństwo pod presją wojny, jak ważna jest decentralizacja reagowania, odporność infrastruktury, gotowość ludności, szybka ewakuacja, komunikacja kryzysowa i zdolność do funkcjonowania państwa mimo ciągłych zagrożeń.

Nie jesteśmy Finlandią. Nie jesteśmy też Ukrainą. Ale możemy i powinniśmy uczyć się od sojuszników, którzy mają realne doświadczenie zagrożenia i wojny. Nasz system powinien być polski, ale zasilany dobrymi doświadczeniami sojuszniczymi, a dziś doświadczenia ukraińskie są pod tym względem szczególnie ważne.

- Atak w urzędzie w Starej Kornicy?

- Sprawa ze Starej Kornicy pokazuje bardzo wyraźnie, że zagrożenia, które bywają przez nas lekceważone, naprawdę się materializują. A z kolei te, których wielu ludzi boi się najbardziej, nie zawsze przybierają taki kształt, jak wcześniej sobie wyobrażaliśmy. Przez lata wmawiano nam, że terroryzm do Polski przyjdzie wyłącznie z Bliskiego Wschodu albo z Afryki. Tymczasem realne zagrożenia terrorystyczne i hybrydowe przyszły do Europy także ze strony Rosji i Białorusi.

- Nie licząc Czerwonych Brygad we Włoszech, Frakcji Czerwonej Armii, czyli grupy Baader - Meinhof w RFN, i IRA, to terroryzm z Bliskiego Wchodu i Afryki zawsze był i jest dominujący w Europie.

- Owszem, jednak terroryzm to nie tylko terroryzm muzułmański. To także terroryzm państwowy, terroryzm inspirowany przez obce służby, terroryzm hybrydowy, sabotaż, działania dywersyjne i operacje destabilizacyjne. Dziś trzeba patrzeć na zagrożenie szerzej niż kiedyś. Niezależnie jednak od kierunku zagrożenia, zasada 4U ma sens praktyczny i nie jest teorią do szuflady.

- Czyli?

- Uważaj, uciekaj, ukryj się, udaremnij atak. Przy czym najważniejsze jest pierwsze U, czyli uważaj. Najlepiej jest zapobiegać, zanim trzeba ratować sytuację. Musimy rozpoznawać symptomy zagrożenia, nietypowe zachowanie, pobudzenie, agresję, fiksację na konkretnej osobie, próbę wejścia w strefę ograniczoną, narzędzie mogące posłużyć do ataku.

- Co zatem robić?

- Jeśli widzimy realne zagrożenie i mamy drogę wyjścia, uciekamy. Jeśli nie mamy drogi ucieczki, ukrywamy się, zamykamy pomieszczenie, barykadujemy wejście, wyciszamy telefon. A jeśli nie ma już żadnej innej możliwości i chodzi o ratowanie życia, podejmujemy próbę udaremnienia ataku. Właśnie to wydarzyło się w Starej Kornicy. Świadkowie obezwładnili sprawcę.

- Kontrolować każdego wchodzącego do małego urzędu?

- Nie sprowadzałbym jednak tej rozmowy wyłącznie do pytania, czy trzeba kontrolować każdego wchodzącego do urzędu. Kontrola dostępu jest ważna, ale nie wystarczy sama infrastruktura. Potrzebne są procedury, szkolenia, czujność pracowników i praktyczne ćwiczenie reakcji.

- Procedury są, ale z czujnością gorzej. Nikt prawie nie rozumie, o co chodzi ze stopniami alarmowymi. Do 31 maja na terenie kraju obowiązuje drugi stopień alarmowy, czyli BRAVO i BRAVO - CRP, a na kolei trzeci, CHARLIE.

- Na szczęście instytucje państwowe to rozumieją. Trzeba dodać, że stopnie alarmowe obowiązują w Polsce od dawna. To nie jest nowość ostatnich dni. Gdyby zagrożenia nie było, nie byłoby stopnia alarmowego w ogóle. Sam fakt, że funkcjonujemy od dłuższego czasu w warunkach podwyższonych stopni alarmowych, pokazuje, że państwo realnie ocenia poziom ryzyka jako istotny. Stopień alarmowy nie jest dekoracją. Wiąże się z określonymi obowiązkami dla organów i instytucji, także w zakresie kontroli dostępu, ochrony obiektów, wzmożonej czujności i gotowości do reagowania.

- Podsumowując...

- Bezpieczeństwo we współczesnych czasach ma ogromną wartość. Nie może być kartą targu politycznego. Państwo i samorząd mają wobec obywatela konkretne obowiązki, ale obywatel również powinien być gotowy do działania. Kluczowe są dziś dwa pojęcia. Odporność społeczna i odporność państwa. To one, obok przygotowania Sił Zbrojnych, realnie wzmacniają bezpieczeństwo. Państwo odporne to takie, które potrafi zachować ciągłość działania, ochronić ludność, utrzymać dostawy, reagować na kryzysy i szybko się odtwarzać. Społeczeństwo odporne to takie, które nie wpada w panikę, potrafi współdziałać, ma podstawowe zapasy, rozumie zagrożenia i wie, jak się zachować.

I trzeba podkreślić jeszcze jedną rzecz. Odporność także działa odstraszająco. Przeciwnik kalkuluje koszty. Jeśli widzi dobrze przygotowane siły zbrojne, sprawne państwo i społeczeństwo gotowe do działania, to wie, że osiągnięcie efektu destabilizacji będzie trudniejsze. Odporność państwa i społeczeństwa jest więc nie tylko mechanizmem przetrwania, ale także elementem odstraszania.

Dlatego warto przygotowywać się samemu. Nie po to, żeby żyć w lęku, ale po to, żeby mieć sprawczość. Bo lepiej być przygotowanym, niż żeby sytuacja kryzysowa zastała nas bez planu, bez zapasów i bez możliwości jakiegokolwiek działania.

jsw, ak, fot. jsw i arch. SZ

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama