Znów katastrofa w sadach po serii mroźnych nocy. Wczesnych czereśni w tym roku raczej nie będzie, wiśnie też na straty. Trwa walka o jabłka.
Zamgławianie, ogniska, zraszanie - metody stosowane przez sadowników w walce z przymrozkami okazują się niewystarczające. Po kilku kolejnych nocach z ujemnymi temperaturami producenci owoców mówią, że sytuacja znów robi się dramatyczna.
Sad w Lipnie obwieszony termometrami, w różnych miejscach. Przez niecałą godzinę obserwujemy spadek o trzy stopnie, do minus 4.
- Rozpalamy ogniska wzdłuż rzędów, to kolejna taka noc. Zadymiamy, ogrzewamy drzewka - mówi nam Kamil Folwarski i ze rezygnacją w głosie wspomina ubiegłoroczne straty. - Zamiast zebrać kilkadziesiąt ton jabłek, zebrałem kilkanaście skrzynek. Tragedia. Wtedy mróz ściął zawiązki owoców, teraz są kwiaty, liczymy że coś da się uratować. A jak nie... będę likwidował sad. Mimo że to pokoleniowa branża, to całe moje życie, ale ileż można dokładać? Ludzie myślą, że wystarczy posadzić drzewka i już, że one same zaowocują i mamy nie wiadomo jakie pieniądze. No nie. Od kilku lat ponosimy straty. Co roku podnosimy niską cenę skupu, rosnące koszty oprysków. Bez efektów. Po ubiegłorocznych przymrozkach owszem dostaliśmy odszkodowania, ale to nawet nie zrównało kosztów produkcji.
Od niedzieli 28 kwietnia niemal cały kraj zmaga się z nocnymi przymrozkami, które z dnia na dzień pogłębiają skalę strat. Największe spadki temperatur odnotowano na początku tygodnia, jednak również kolejne noce - z poniedziałku na wtorek oraz z wtorku na środę - przyniosły poważne szkody w sadach i na plantacjach.
Sadownicy z Lipna stracili wiśnie.
- Nisko położone sady i plantacje już mają straty sięgające 90-100 proc. Porzeczki, truskawki, wiśnie, czereśnie. Przymrozki uszkodziły pąki, co w praktyce oznacza znaczące ograniczenie tegorocznych plonów i już widać, że straty będą ogromne. W ubiegłym sezonie starty wielu gospodarstw sięgały 100 proc. przez to ich płynność finansowa została zachwiana i wielu stoi przed widmem bankructwa. - mówi Michał Michaluk, sadownik z Lipna. W części swojego sadu ma instalację zraszającą. Przez całą noc pracują zraszacze, nie same, bo podobnie jak palonych między drzewkami ognisk, tak i zraszaczy trzeba dopilnować, a to kolejne niespane noce dla pracowników. Podobnie jak Kamil nerwowo spogląda na termometry rozwieszone na drzewkach: - Wcześnie chwyta mróz. Nie jest to poranny przymrozek, teraz o godz. 22, już mamy minus 4. To za długi czas, obawiam się, że ani zraszanie ani zamgławianie czy ogrzewanie na wiele się zda.
Po co zrasza się drzewka?
- Zraszanie drzewek owocowych podczas przymrozków to jedna z najskuteczniejszych metod ich ochrony, choć na pierwszy rzut oka może wydawać się paradoksalne, że polewanie roślin wodą pomaga w mrozie. Klucz tkwi w fizyce. Gdy woda zraszana na kwiaty i pąki zaczyna zamarzać, oddaje ciepło (tzw. ciepło krzepnięcia). Dzięki temu temperatura tkanek roślinnych utrzymuje się w okolicach 0, nawet jeśli powietrze wokół jest znacznie zimniejsze. To właśnie chroni najbardziej wrażliwe części roślin przed uszkodzeniem. W praktyce wygląda to tak, że instalacja zraszająca uruchamiana jest, gdy temperatura zbliża się do 0, woda stopniowo pokrywa rośliny cienką warstwą lodu, podczas ciągłego zamarzania uwalnia się ciepło, które "dogrzewa" tkanki rośliny. Warunek jest jeden: zraszanie musi być ciągłe. Jeśli zostanie przerwane zbyt wcześnie, lód zacznie się wychładzać i zamiast chronić może dodatkowo uszkodzić roślinę. Dlatego często pracujemy całą noc, pilnując instalacji. To metoda skuteczna, ale kosztowna i wymagająca dużych ilości wody zwłaszcza trudna w czasie suszy. A niestety właściwie od lutego nie mamy opadów. No i silny wiatr. Też nie pomaga - mówi Michaluk.
Sadownicy podkreślają, że obecne warunki wykraczają poza typowe wiosenne przymrozki. W wielu miejscach temperatury przy gruncie spadały nawet do minus 8 stopni. I to wcale nie koniec, bo przed nami tzw. Zimni Ogrodnicy.
- No cóż. Właściwie od tygodnia nie śpię, z drzemkami po kilka godzin w sumie tego tygodnia. Drzewa do ognisk nie wiem czy starczy - mówi pan Kamil. - Na razie wygrywam. Jeszcze nie widzę strat. Przy okazji chciałbym bardzo podziękować kolegom, którzy walczą razem ze mną, pomagają przy ogniskach.
Najbliższe dni będą kluczowe. Pozostaje liczyć na poprawę pogody. Bo choć wiele zostało stracone, walka o tegoroczne plony wciąż trwa.
ak, fot. ak i jsw
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze