Kończy się październik, od 1985 roku nazywany miesiącem świadomości raka piersi. W Siemiatyczach, bez zbytniego afiszowania się, od kilkunastu lat działa Klub Amazonek, należący do Federacji Stowarzyszeń "Amazonki".
Głównym celem Federacji są działania na rzecz kobiet z rakiem piersi - wsparcie zarówno w trakcie, jak i po leczeniu, a także profilaktyka - zwiększanie świadomości, promowanie badań oraz wczesnego wykrywania. Federacja ma ponad 200 klubów w całej Polsce, które zrzeszają około 26 tysięcy Amazonek.
16 października przedstawicielki siemiatyckiego Klubu spotkały się z małżonką Prezydenta RP, Martą Nawrocką, w Pałacu Prezydenckim. W spotkaniu pełnym emocji, wzruszeń i historii pełnych nadziei uczestniczyło blisko 300 kobiet z całej Polski.
- Są panie prawdziwymi bohaterkami codzienności. Macie odwagę, by dzielić się swoimi trudnymi doświadczeniami, nieść nadzieję tym kobietom, które dopiero zaczynają swoją niełatwą drogę powrotu do zdrowia - mówiła Marta Nawrocka. - Chcę być głosem kobiet, które zmagają się nie tylko z trudami leczenia, lecz także z niezrozumieniem czy samotnością. Będę też wspierać wszystkie inicjatywy profilaktyczne. Niech ten Różowy Październik - miesiąc świadomości raka piersi - da nadzieję. Badajmy się i edukujmy! Dajmy sobie szansę! - przekonywała.
14 lat temu autorka tekstu miała przyjemność rozmawiać z Wandą Hościłowicz, wtedy pielęgniarką z siemiatyckiego szpitala, Amazonką. Wskutek choroby nowotworowej straciła pierś. Ale - jak podkreśla - żyje. I to jest najważniejsze.
Z panią Wandą i kilkunastoma siemiatyckimi Amazonkami spotkaliśmy się ponownie, 28 października.
Przypomnieliśmy rozmowę z 2011 roku:
- Choruję od 2008 roku, a raka wykryto przypadkowo - opowiadała pani Wanda. - Miałam już 55 lat, ale nigdy nie chodziłam na mammografię. Bo nigdy nie było czasu, bo były ważniejsze sprawy, bo trzeba było pojechać na badanie. Jakieś wytłumaczenie zawsze się znajdowało. Aż w końcu do Nurca przyjechał mammobus. Ja akurat miałam wolne, byłam na urlopie, to był koniec sierpnia. Pomyślałam - pójdę, bo w końcu trzeba się zbadać - sama nie wiem dlaczego. Przygotowywałam się do wesela córki, nawet przez myśl mi nie przeszło, że cokolwiek może złego wyjść w tym badaniu. Bo ani nic mnie nie bolało, ani ginekolog w czasie badania nic nie stwierdził. Dobrze, że wynik dostałam w poniedziałek, po weselu... 15 września. Guz był duży, miał 7 cm. Od razu dostałam skierowanie do Białostockiego Centrum Onkologii. Umówiłam się na październik. W październiku doktor mnie zbadała i... powiedziała, że nic w tej piersi nie ma i żeby przyjechać za pół roku. Przemknęło mi przez myśl, że teraz te mammografie różne, ale jakoś tak mi sumienie spokoju nie dawało i poszłam do doktora Aleksiejuka. Też nic nie znalazł, mówił, że gdyby był aż tak duży guz, to wyczuwalne byłyby zmiany w węzłach chłonnych, byłyby zmiany na skórze. A że nie odpuszczałam, to skierował mnie na USG. I dopiero to badanie potwierdziło, że guz jest. Doktor Kuczabski od razu skierował mnie do doktora Maksymowicza. To onkolog, który przyjmuje u nas w szpitalu, jest ordynatorem radioterapii w Białymstoku i on dał mi skierowanie do BCO (Białostockiego Centrum Onkologii - przyp. red.). Punkcja cienkoigłowa była na początku grudnia, a za dwa tygodnie dostałam wynik, że niestety to rak. Na 19 stycznia wyznaczono mi zabieg. No i bezapelacyjnie, że pierś do usunięcia. Potem chemia, jedna, druga, radioterapia, hormonoterapia, która trwa w sumie cały czas. Cały też czas podlegam kontroli, drugą pierś muszę kontrolować, czy przerzutów nie ma.
Podobnymi historiami dzielą się inne Amazonki. Jedne mają za sobą ponad 20 lat choroby, inne diagnozę usłyszały kilka miesięcy temu. Jedne straciły piersi, ale żartują, że nawet facet nie pozna, że noszą protezy. Inne nowotwór miały wyłuskany.
Jak namówiłyby kobiety do badania piersi? Co chwilę gdzieś w okolicy stacjonuje mammobus, szpitale mają aparaty stacjonarne. Już nie można tłumaczyć się brakiem dostępu do badań. Czy ma znaczenie firma, która badanie wykonuje?
- Nie, w tej chwili mammografy już są tak dobrej jakości, że to bez znaczenia jaka firma wykonuje badanie. Jakiś czas temu głośno było, że jakiś mammograf podawał złe wyniki. Ale nawet mój przykład mówi, że nie należy poprzestać na mammografii, że to dopiero początek, że konieczna jest dalsza diagnostyka. Badanie palpacyjne jest ważne, ale potrzebna jest też mammografia. Samo badanie nie jest bolesne, może ciutkę, jak się pierś przygniata, albo jak są malutkie piersi. Pierś prześwietla się w dwóch pozycjach - na płasko i bokiem. Ja teraz co roku robię mammografię drugiej piersi. Badanie jest sympatyczne, z reguły robią to panie. Są miłe, delikatne.
Tu wrażenia innych pań różniły się. Mówiły o tym, że to zależy, kto badanie wykonuje. Ale generalnie nie jest to badanie nie do przeżycia.
Czy ciężko było podjąć decyzję o odjęciu piersi, symbolu kobiecości? Nie było szukania innego wyjścia, sposobu, że jakoś może inaczej można to leczyć?
- Nie, od razu doktor po męsku mnie potraktował i powiedział, że nie będziemy się bawili. Zaraz po zabiegu zaglądałam jeszcze za koszulę, że może jednak została ta pierś, że tylko wyłuskano mi guza. Ale najważniejsze jest to, że żyję. Dostałam zresztą ładną protezkę, która niczym się nie odróżnia, w żaden sposób mi nie przeszkadza. Jest refundowana, co dwa lata mogę ją bezpłatnie wymienić. Płacę tylko za specjalny bawełniany gorset, podtrzymujący piersi. Refundowane są również rekonstrukcje. Mam zachowaną specjalną kieszeń, na wypadek gdybym zdecydowała się na silikonową pierś. Po mastektomii można normalnie karmić piersią.
Inne panie wspominają też że po operacji obudziły się jednak z zachowaną piersią. W jej trakcie okazywało się, że pierś można ocalić.
Siemiatyckie Amazonki to kobiety z werwą, z siłą życia, nie widać piętna ciężkiej choroby. Pani Wanda mówi:
- Proszę wierzyć, było ciężko. Chemię pierwszą zniosłam w miarę dobrze, druga była gorsza, trzeciego rzutu myślałam, że nie przeżyję. Pamiętam, jak mówiłam do siostry "Uleńko, ratuj mnie", jak męczyły mnie mdłości i w ogóle. Wystarczyło, że siostra porozmawiała, posiedziała przy łóżku, pocieszyła. Wsparcie psychiczne jest bardzo ważne. Pamiętam też, jak na Wielkanoc, po zabiegu zjechały się wszystkie dzieci już pożegnać się ze mną. Zięć teraz mi się dopiero przyznał, że oni już myśleli, że źle ze mną będzie. Powikłania po odjęciu piersi też były, dostałam silnej gorączki, jeszcze raz mnie cięli, szyli. Radioterapia też nie była miła - trochę źle ustawiona, mam spalone pół płuca, ale to nieważne. Najważniejsze, że nie ma przerzutów, że żyję, że jeszcze pomogę dzieciom. Jestem pod stałą kontrolą i, co ważne, mamy tu na miejscu bardzo dobrego onkologa, zresztą w BCO wszyscy lekarze są świetni, cały personel, sympatyczni, uśmiechnięci.
Pani Wanda już nie pracuje, przeszła na emeryturę. Jednak w pracy zwracała kobietom uwagę na profilaktykę.
- Noszę różową wstążeczkę. Niektóre panie pytają co oznacza. Zdarzają się takie, które nigdy nawet same się nie badały, nie mówiąc już o mammografii. I często są to kobiety wykształcone, świadome, które słyszały o nowotworach piersi. Ba, wiele moich koleżanek jeszcze się nie przebadało. Moim zdaniem się boją, wychodzą z założenia, że dopóki nie wiedzą, to są zdrowe. A przecież wiadomo, że im wcześniej zacznie się terapię, tym ona będzie skuteczniejsza.
Skąd pomysł na klub?
- Ja mam to szczęście, że pracuję - mówiła nam wtedy pani Wanda. - Już po drugiej chemii poszłam do pracy, by nie myśleć o chorobie, by się czymś zająć. Wiem też, jak bardzo ważne jest wsparcie rodziny, kolegów, koleżanek. Kobiet po mastektomii jest naprawdę dużo i dużo jest też klubów Amazonek. W naszej okolicy wszędzie są. Organizują sobie pogadanki z lekarzami, wspólne wyjazdy, spotkania, rehabilitację. Zresztą nie jest koniecznością bycie Amazonką, wystarczy bycie chorą, czy też zetknięcie się z chorobą, chęć dowiedzenia się więcej na jej temat.
- Zapraszamy serdecznie - mówi Jolanta Głowacka - Często zapraszam panie, ot tak, na ulicy. To małe środowisko, wiemy, kto choruje, a naprawdę razem jest łatwiej. Czy panie się boją, wstydzą? Nie wiem. Przeżyłyśmy to samo. Historia Wandy to historia każdej z nas, różniąca się może emocjami, terminami, długością choroby. Ja z doświadczenia wiem, jak ważne jest wsparcie innych osób. Poza tym, my już przeszłyśmy tę drogę, w BCO czujemy się jak w domu - żartuje. - Podpowiemy, wspólnie coś zorganizujemy. Pokierujemy.
Wtorkowe spotkanie, przy ciastku, kawie, herbacie, urozmaiciła Milena Sawicka, prezentując paniom fajny sposób na sprzątanie. Amazonki spotykają się średnio raz w miesiącu, bywa, że częściej. Utrzymują z własnych składek, jak żartują - z chęcią poznają ciekawego sponsora.
Osoby chętne do działania w siemiatyckim klubie Amazonek mogą skontaktować się z panią Wandą pod numerem 510 460 985.
ak, fot. ak i archiwum Klubu
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze